Inna wersja poniższego artykułu pod tytułem „O wolnym oprogramowaniu” ukazała się w 835. numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Aktualizowano: 30 VIII 2007 r.
Większość użytkowników komputerów korzysta z oprogramowania prawnie zastrzeżonego, nawet nie zastanawiając się nad zasadnością takiej formy licencjonowania. Warto wiedzieć, że istnieje dla niego alternatywa.
W latach 70. rynek oprogramowania różnił się znacznie od obecnego. Nie były wtedy powszechne licencje jednostanowiskowe czy też „tylko do użytku niekomercyjnego”. Nie było też w związku z tym powszechne pojęcie „piractwa”. Istotną rolę w tworzeniu oprogramowania pełniły uczelnie, na których zatrudniano społeczności hakerskie. (Warto zaznaczyć, że w mediach zwykle mianem hakerów określa się błędnie krakerów, czyli osoby łamiące zabezpieczenia komputerowe. W rzeczywistości słowo „haker” oznacza osobę o bardzo dużych umiejętnościach programistycznych, której sprawia przyjemność rozwiązywanie nowych problemów). Hakerzy byli użyteczni zarówno dla uczelni, jak i dla dużych korporacji, które sponsorując ich działalność uzyskiwały w zamian bardzo wydajne centra badawcze będące źródłem najwyższej jakości kodu. Przekazując im oprogramowanie, producent korzystał na wprowadzanych przez nich poprawkach. Duża część programów była rozprowadzana w takiej postaci, w jakiej była stworzona, czyli jako kod źródłowy, który mógł być analizowany i dostosowywany do własnych potrzeb. W systemie tym dostęp do programu nie był zbyt ograniczany; aby uzyskać jego kopię, wystarczyło zwykle poprosić o to kogoś, kto go posiadał. Potem mógł on skorzystać na wprowadzonych przez nas usprawnieniach. Nie było to niczym szczególnym - dzielenie się posiadanym oprogramowaniem było naturalnym przejawem współpracy i wielu programistów nawet nie myślało o zastrzeganiu praw do napisanego przez siebie programu; traktowali go jak dobro wspólne. Dla hakerów dzielenie się informacją było jednym z podstawowych elementów etyki.
(więcej)