W walce o wolność (naszego) słowa
Jakiś czas temu przewinęła się przez Internet fala protestów przeciwko firmie Google. Naraziła się ona tym, że ośmieliła się podjąć kolaborację z chińskim rządem w sprawie cenzurowania wyników wyszukiwania z niewygodnych treści (o czym zresztą chińscy internauci są podobno informowani). Protesty były słuszne, choć skupiły się głównie na Google, które stosunkowo najmniej w tej sprawie zgrzeszyło. (Być może świadczy to o tym, że firmie tej stawia się wyższe wymagania niż takiemu np. MSN, po którym można spodziewać się samych najgorszych rzeczy).
Jednakże, jak to nieopatrznie napisała PAP, Chiny nie są jedynym państwem, w którym Google cenzuruje swoje wyniki. Podobna sytuacja występuje w Niemczech, gdzie pozbawia się wyszukiwarkę treści nazistowskich. W tej sprawie jednak się nie protestuje, a wręcz nawołuje do cenzury, tak samo jak w przypadku treści pedofilskich.
Asymetria występuje zresztą nie tylko w przypadku wyszukiwarek, ale również w innych kwestiach; o ile bowiem środowiska po(d)stępu są zgodne co do tego, że należy pewnym osobom pozwalać na swobodne głoszenie poglądów (nawet za pieniądze tych, którzy sobie tego nie życzą) o tym, że nie tylko minus lubi się z plusem, ale także minus z minusem i plus z plusem - mimo naturalnych w takich przypadkach trudności chemiczno-technicznych, które uniemożliwiają tworzenie nowych związków, jak i mimo tego, że nie wszystkie nowoczesne techniki syntezy są już akceptowane (ale i ten próg przyjdzie nam przeskoczyć po odpowiednio długiej tresurze w tolerancji), to te same środowiska korygują swoją postawę szermierzy wolności słowa i demokracji, gdy przychodzi im walczyć o poglądy, z którymi niekoniecznie się zgadzają. Literka „o” zmienia się bowiem na „z”, ale poza tym wszystko pozostaje w jak najlepszym porządku. Tak więc nie dziwi sytuacja, w której bohaterscy bojownicy o wolność w Chinach czy na Białorusi nie protestują, gdy w Polsce nakłada się karę na stację telewizyjną emitującą obraźliwą dla pewnych kręgów wypowiedź (zresztą dlaczego mieliby to robić, skoro czyni to instytycja ich rękami powołana i której zadaniem jest cenzura prewencyjna?); nie protestują też, gdy p. Marek Edelman nawołuje do zamknięcia radiostacji ze względu na to, że wyraża nieodpowiadające mu poglądy. Nie protestują nawet wobec tego, że konstytucja III RP explicite zakazuje wypowiadania niektórych myśli (choć nie jest to na szczęście w pełni egzekwowane, jak i znakomita część jej zapisów). Wiadomo bowiem, że (parafrazując S. Michalkiewicza) demokracja i wolność słowa - oczywiście tak, ale tylko dla poglądów słusznych (tzn. naszych), bo jeśli jakieś poglądy są niesłuszne, albo, co gorsza, zagrażają Naszym Interesom, to po co w ogóle je głosić? Wiemy zatem, że obrazoburców w rodzaju Kazimiery Szczuki, Jerzego Urbana czy „rekordzisty prymitywizmu moralnego” Stanisława Michalkiewicza, nie wspominając już o jaskiniowych miłośnikach darwinizmu ekonomicznego (jak określił liberałów redaktor „Świata Nauki”), wolność słowa nie dotyczy, a ostać im się powinno ino potępienie i ostracyzm ze strony „społeczeństwa obywatelskiego”, starannie wytresowanego przez naszych inżynierów społecznych. Nie wiadomo wprawdzie, co począć, gdy tego samego słownictwa, co naczelny antysemita RP, używają Julian Tuwim (twórca określenia „Judejczykowie”) czy prof. Norman Finkelstein (autor książki „Przedsiębiorstwo Holokaust”), nie wspominając już o Katawie Zarze, który w swej publicystyce obficie używa zwrotów takich, jak „tropikalny kurnik”. Zaiste, oskarżania Żydów o antysemityzm świat jeszcze chyba nie widział, choć i to może niedługo nastąpić, jeśli tylko „autorytety moralne” nie będą wystarczająco starannie dobierać celów do przebicia osinowym kołkiem. Ale na razie problem można rozwiązać starą metodą - jeśli nie da się zakrzyczeć lub załgać (jak to ma w zwyczaju Agora), to chociaż przemilczeć.
Z okazji postępów w krzewieniu wolności słowa - co prawda jeszcze nie w Polsce, ale na Białorusi, więc niedaleko - polecam Czytelnikom esej Pawła Grahama pt. „What You Can’t Say”, po polsku dostępny jako „Czego nie wolno ci mówić?” w książce „Hakerzy i malarze” (którą też, przy okazji, polecam). Jak pisze autor:
Nikt nie wpędza się w kłopoty mówiąc, że 2 + 2 to 5, lub że ludzie w Pittsburghu są wysocy na dziesięć stóp. W tak oczywisty sposób fałszywe stwierdzenia mogą być potraktowane jako żarty, lub w najgorszym wypadku jako dowód szaleństwa, ale raczej nie wprawią nikogo we wściekłość. Stwierdzenia, które wprawiają ludzi we wściekłość są tymi, co do których obawiają się, że można w nie uwierzyć. Przypuszczam, że stwierdzeniami, które wpędzają ich w furię, są te z nich, których obawiają się jako potencjalnie prawdziwych.
28. kwiecień 2006
16:50
Michalkiewicz nie negował ani nie banalizował ludobójstwa. On pisał o czymś innym.
26. kwiecień 2006
22:58
Logiczne, ale bardzo wybiórcze i przez to niekompletne.
Na przykład stwierdzenie w ostatnim cytacie nie uwzglednia tego, że ludzie mogą uwierzyć w coś błędnego. Bo przecież gdyby powstała ideologia głosząca, że liberałowie to sekta, chcąca zawładnąć naszymi duszami i majątkami i jeśli będzie powtarzana wystarczająco często, to choć jest równie absurdalna jak równanie 2+2=5, to znajdzie posłuch. Czy wtedy liberałowie nie będą protestować?
Wreszcie, czy nie jest wskazana ostrożność wobec ludzi próbujących negować lub banalizować ludobójstwo, które było faktem?