„Time” przyznał tytuły Człowieka Roku. Uhonorowany został m.in. Bill Gates - człowiek, który dorobił się fortuny dzięki współpracy z państwami, które nie dość, że są jednymi z większych klientów Microsoftu i uzależniają od niego swych obywateli, to jeszcze wymuszają od obywateli haracz na ochronę jego „własności intelektualnej”. W dodatku tak „zarobione” pieniądze wydał w jeden z najgłupszych sposobów, czyli na szkodzenie Afryce. Resztę laureatów wyróżniono za działalność podobną, choć niekoniecznie związaną z wydawaniem pieniędzy wypracowanych przez innych.
Dla Time’a zatem największy wpływ na losy świata mają ludzie, którzy zajmują się rozdawnictwem. Co prawda nie czytam tego tygodnika, ale jestem dzięki temu niemal pewien, że często są tam drukowani tacy wybitni ykonomiści, jak Jeffrey D. Sachs, którego zdaniem problemom należy zaradzać ładując w ich rozwiązywanie odpowiednio dużą ilość pieniędzy (i zatrudniając odpowiednich ludzi - czytaj: p. Sachsa - do nadzoru i doradztwa nad tymi procesami). Gdyby George Bush nagle stwierdził, że połowa budżetu USA zostanie przeznaczona na „walkę” z biedą, to pewnie mógłby liczyć na kolejny tytuł człowieka roku i uwielbienie - bo to przecież on rozdaje. Dla lewicy wszak nie liczy się kto, pracuje, tylko kto zarządza pieniędzmi - i jeśli ktoś zarobi 100 000 $, a rząd zabierze mu z tego 80 000 $ i rozda np. na dokarmianie kotów albo wspieranie parad równości, to rząd będzie dobroczyńcą, bo dał „swoje” pieniądze. Taką dysfunkcję myślenia trzeba leczyć, ale raczej nie da się tego robić w państwowej szkole.